Tytuł - Wiarołomca
Oryginał - Faithbreaker
Seria - Upadli Bogowie
Autor - Hannah Kaner
Wydawnictwo - Jaguar
Gatunek - fantasy
Tłumaczenie - Jacek Drewnowski
Ilość Stron - 432
Data Wydania - 28 stycznia 2026
Moja Ocena - 9/10
Epickie zakończenie trylogii "Upadli Bogowie", która natychmiast trafiła na 1. miejsce listy bestsellerów Sunday Times.
Nadeszła wojna. Potężni bogowie i śmiertelni bohaterowie stają do ostatecznej walki o władzę. Bogini ognia Hesth prowadzi niszczycielską armię na południe, a jedyną nadzieją świata jest sojusz dawnych nieprzyjaciół przeciwko wspólnemu wrogowi.
Elo nawiązuje niełatwy sojusz z Arrenem - swoim przyjacielem, wrogiem i królem. Teraz każdy z nich musi zdecydować, ile gotów jest poświęcić, aby odwrócić losy wojny.
Inara dołącza do matki na statku Silverswift. Wciąż zmaga się z własnymi mocami i przeznaczeniem.
Kissen zaś - szukając rodziny - staje przed pytaniem, o co i dla kogo tak naprawdę warto walczyć.
Minęło trochę czasu, odkąd bawiłem w świecie „Upadłych Bogów” i nie ukrywam, że miałem chrapkę na finał już dawno, ale w tym roku przeżywam jakiś kryzys czytelniczy i zwyczajnie ciężko jest mi się zabrać za czekające lektury. „Wiarołomca” to zakończenie przygód Inary, Kissen, Elo oraz Skediego – naszego boga niewinnych kłamstewek. To także ostateczna bitwa z boginią Hseth oraz jej wyznawcami.
„Ognista bogini była rozpalona do białości, spływały z niej fragmenty ciała, a oczy miała niczym rozżarzone piętna. Nie była już rudowłosą Talicjanką, tylko boginią wojny i śmierci.”
Na początku zaprzeczę sam sobie, bo powiem, że powieść mi się podobała, ale jednocześnie rozumiem burzę negatywnych opinii o samym finale - według wielu czytelników - najsłabszym z serii. Osobiście uważam, że brakowało mi tu pewnego paliwa u autorki, bo finał, choć sam uważam za ciekawy, to jednak wątkowo toczył się niezwykle wolno, a zakończenie było dość przewidywalne. W sumie nie tylko koniec, ale część wyborów naszych bohaterów mogliśmy przewidzieć już wcześniej i wiedzieliśmy, że właśnie w taki czy inny sposób zareagują. Obawiam się, że zamysłem Kaner był happy end na całościową skalę, co ostatecznie odebrało mu pewnego rodzaju zrozumienie u czytelników. Nie kłamię, że to wciąż dobra porcja fantasy - to nasz ukochany Middren, który poznaliśmy i pokochaliśmy w poprzednich częściach. Lubię pirackie wątki, więc przygody Inary i Kissen czytało mi się niezwykle przyjemnie, gdy były na morzu. Zresztą obie panie od początku miały specjalne miejsce w moim sercu. Kissen jak prawdziwa babka z krwi i kości - bogobójczyni - oraz mała lady Craier, która jeszcze nie pokazała wszystkich asów z rękawa swoich możliwości. Nasz wojenny bohater Elo również ma tutaj swoje więcej niż pięć minut i chyba jemu trzeba podziękować za dobre etosy wojenne oraz wygrane, choć z różnymi skutkami, bitwy. Historia króla Arrena nie była dla mnie zaskoczeniem, zwłaszcza po jednym rozdziale - już wiedziałem, jaki będzie finał. I tu właśnie cholernie szkoda, że autorka podawała nam część rozwiązań już gotowych na tacy - nie było zaskoczenia, co się wydarzy, co niestety diametralnie wpływa na odbiór książki.
Mimo iż kocham te postacie i ich przygody całym sercem, to uważam, że Kaner nie dowiozła finału trylogii do końca. Owszem, podobały mi się gry polityczne, etosy wojenne czy spotkania z bogami, ale brakowało mi takiego pełnego konceptu. Jakby autorka wpadała na pewne rzeczy dopiero w trakcie pisania, co potęguje wrażenie, że nijakie rozdziały rozdzielają naprawdę dobre czytelnicze wątki.
Jeśli jesteście fanami „Upadłych Bogów”, to oczywiście zachęcam Was do ostatniej podróży do świata Middrenu, by spotkać naszych bohaterów - myślę, że mimo wszystko zasługują na pożegnanie. To wciąż dobre fantasy, ciekawie skrojony świat i niejednolici bohaterowie. Przygotujcie się jednak na mimo wszystko pewną walkę w czytaniu - nie każda strona zrobi u nas „wooow”, ale pewne postacie i ich cięte języki wynagradzają te wpadki...