wtorek, 16 czerwca 2026

[57] BOOKS: Spalona Ziemia - Danielle L. Jensen

Tytuł - Spalona Ziemia
Oryginał -  Scorched Earth
Seria - Mroczne Wybrzeża
Autor - Danielle L. Jensen
Wydawnictwo - Galeria Książki
Gatunek - fantasy
Tłumaczenie - Anna Studniarek-Więch
Ilość Stron - 968
Data Wydania - 26 lutego 2026
Moja Ocena - 10/10






"Spalona Ziemia" to długo wyczekiwane, porywające zwieńczenie bestsellerowego cyklu.
Lidia i Killian, po udanej, choć okupionej ogromnymi stratami ucieczce z rąk wroga, stają przed największym wyzwaniem ich życia. Muszą nie tylko znaleźć sposób na powstrzymanie rozprzestrzeniającej się zarazy, ale także zmierzyć się z potężnym Zepsuciem, które zagraża wszystkiemu, co kochają. Lidia toczy wewnętrzną, wyniszczającą walkę z jego wpływami, doskonale świadoma, że jej ewentualna porażka oznacza śmierć bliskich. To opowieść o heroizmie, niezłomności i ciężarze odpowiedzialności, który spoczywa na barkach tych, którzy ośmielili się sprzeciwić mrocznym siłom.

    Z serią "Mroczne Wybrzeża" nie miałem udanej relacji, to było typowe love-hate relationship czytelnicze. Raz stwierdzałem, że to jedne z lepszych fantasy jakie czytałem w życiu, by po chwili stwierdzić, że dawno nie miałem styczności z tak irytującymi bohaterami, a część wydarzeń byłem w stanie przewidzieć. Jednak to były pierwsze tomy, a końcówka sagi była dla mnie czytelniczym marzeniem.
    Wyjątkowo zacznę od minusów, a w zasadzie jednego - jest to sam finał. "Spalona Ziemia" jest dość opasłym tomiszczem, ale ja akurat takie uwielbiam. Niestety przy tak dużych książkach problematyczne może być paliwo w postaci utrzymania czytelnika do końca, jak również nie zawiedzenie go. Tu mam trochę problem, bo mimo iż finał wciągałem po kilkadziesiąt stron dziennie ciągle chcąc więcej, to po lekturze ostatnich stron wciąż mam takie - aha?? Mam wrażenie, że za dużo było sytuacji bez wyjścia, które się nagle rozwiązały. Może miał być to zabieg autorki by zaszokować czytelnika na wszelkie sposoby, bo parę akcji pozostawia w głębokim zdumieniu, tak brakowało mi takiej wyraźniej kropki nad i, i choć mamy tu pewno wątkowy happy end, osobiście uważam, że on tu nie pasuje. Całościowo to jedyny minus w moim odczuciu. Wciąż mamy cudowny świat Reath, królestw i ich kultur. To wciąż ukochani przez nas bohaterowie, te wszystkie duety stworzone przez Jensen, one po prostu maja to coś. Myślę, że są takimi obecnymi power couple, ale historia Lidii i Killiana będzie moją ulubioną, choć to Teriana na podstawie całego cyklu skradła moje serce. "Mroczne Wybrzeża" to opowieść wielowątkowa, gdzie przeplatają się przeróżne dylematy, tracimy część bohaterów, a część postaci traci nasz szacunek. Tu nic nie jest zero jedynkowe, a władza w rękach nieodpowiednich osób jest wciąż tragicznym narzędziem. Fajnym wątkiem był cios zadany Cesarstwu - Imperium, które zazwyczaj ciemiężyło nagle musi się bronić, a Lidia aka vel Kitaryia Falorn nie było dla mnie czymś odkrywczym, coraz więcej autorów sięga po taki motyw. Lubię też książki z fajne obsadzą własną religią, bogami oraz ich adeptami, czyli naszymi Naznaczonymi. Fajnie gdy dostajemy cały świat, nie tylko bohaterów, królestwo, wątki miłosne czy wojnę, ale również to, w co wierzą zwykli mieszkańcy danego królestwa. To jest fantastyka pełną gębą, i ja bardzo chętnie wrócę kiedyś ponownie do świata "Mrocznych Wybrzeży".

    Danielle L. Jensen wrzuca nas w finałowy akt swojego cyklu, który dosłownie nas wchłania, momentami nie dało rady odłożyć lektury, bo czytelnik chciał wiedzieć co dalej i dalej. Osobiście nie kochałem tej serii od początku, ale ostatecznie zostaje w moim serduszku. Saga wciąga i zatrzymuje w swoim świecie, chcemy go poznawać i eksplorować. Poznać każdy zakątek i zobaczyć każde miasto, wziąć udział w tych bitwach innych przygodach bohaterów i to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Cieszę się, że dotrwałem do końca, bo mimo pewnych minusów w moim odczuciu - było warto. Finał opiewa na ponad tysiąc stron, ale jest to lektura która wciąga na maxa i właśnie taka powinna być dobrze napisana książka!

niedziela, 7 czerwca 2026

[56] FILM: Gwiezdne Wojny: Mandalorian i Grogu - 2026

Tytuł - Gwiezdne Wojny: Mandalorian i Grogu
Oryginał - Star Wars: The Mandalorian and Grogu
Reżyser - Jon Favreau
Produkcja - USA
Obsada - Pedro Pascal, Sigourney Weaver, Jeremy Allen White, Steve Blum, Jonny Coyne, Matthew Willig
Premiera:
* Polska - 22 maja 2026
* światowa - 20 maja 2026
Gatunek - sci-fi
Czas Trwania - 2h 12min
Moja Ocena - 10/10





Imperium upadło, a Nowa Republika, która stara się chronić wszystko, o co walczyła Rebelia, zwraca się o pomoc do legendarnego mandaloriańskiego łowcy nagród, Dina Djarina, i jego młodszego ucznia - Grogu.


   Baby Yoda, a właściwie... Grogu w natarciu! Kolejna odsłona filmu spod znaku „Gwiezdnych Wojen”. Choć ostatnie produkcje z tego uniwersum oglądałem już dawno, to fajnie było wrócić do tego świata i zobaczyć zarówno część nowych twarzy, jak i tych starszych. Mandalorian wraz ze swoim uczniem Grogu mają kilka zadań do wykonania i choć są optymistycznie nastawieni, widz od początku czuje, że nie może być tak łatwo, jak mogłoby się wydawać.
    Nie mógłbym zacząć inaczej niż od naszego Grogu, który dosłownie kradnie całe show. Jest bezbłędny w swoich reakcjach, komicznie zabawny i przede wszystkim opiekuńczy. Osobiście nie znam całej historii jego wprowadzenia do uniwersum, ale nie przeszkodziło mi to w „zakochaniu się” w nim. Już po obejrzeniu trailera ma się wrażenie, że to właśnie Baby Yoda przyciągnie ludzi do kin i trzeba przyznać, że ten zabieg marketingowy działa świetnie. Wielki plus dla producentów za ten chwyt, bo młodsi widzowie mogą dzięki niemu poznać uniwersum Star Wars, a starsi przyjdą z sentymentu do serii. Sam Mandalorian został tutaj pokazany jako wojownik pełną gębą, ale również troskliwy opiekun naszego małego bohatera. Wspólnie przemierzają galaktykę, wykonując przeróżne zadania, a przy tym po prostu dobrze się bawiąc. Ich więź jest wyczuwalna od pierwszych sekund aż do samego końca filmu, co mnie osobiście bardzo rozczulało i sprawiło, że kilka razy miałem podczas seansu takie małe „awww”. Przyznaję jednak, że się starzeję, więc może to też wpływa na moje reakcje. Część osób zarzuca tej produkcji brak sensu i głównego wątku, ale moim zdaniem on jest - złapanie złoczyńców, obrona Grogu i po prostu przetrwanie. Ja sam byłem wciągnięty w wir wydarzeń od samego początku i te dwie godziny w kinie minęły mi naprawdę bardzo szybko. Owszem, brakowało mi trochę większego rozwinięcia postaci pobocznych, bo wszystko kręci się wokół naszej głównej dwójki bohaterów, ale nie przeszkadzało mi to jakoś szczególnie. To również bardzo ładna wizualnie produkcja - takie guilty pleasure, jakie ma się podczas oglądania współczesnych widowisk pokroju „Diuny”, najnowszego „Trona” czy „Kravena. Łowcy”. Dostajemy piękne ujęcia kosmosu, nowych planet, a przede wszystkim statków. Do tego dochodzi dobrze dobrana ścieżka dźwiękowa, która pozwala jeszcze mocniej wczuć się w to, co widzimy na ekranie. Cieszą mnie takie produkcje, gdzie dostajemy pełen pakiet - dobrze dobraną obsadę, świetne zdjęcia, muzykę i przede wszystkim historię. 

   „Mandalorian i Grogu” to świetna dawka humoru i dobrej rozrywki dla każdego, choć osobiście uważam, że to właśnie nasz zielony stworek jest głównym atutem tego filmu. Marketing został dobrze przemyślany, ale sama historia również broni się sama. Mi produkcja bardzo się podobała - były momenty walki, odkrywania świata i budowania zaufania między naszymi głównymi bohaterami. Wchodząc na seans, czułem, że będę się dobrze bawił, i dokładnie tak było!