Tytuł - Spalona Ziemia
Oryginał - Scorched Earth
Seria - Mroczne Wybrzeża
Autor - Danielle L. Jensen
Wydawnictwo - Galeria Książki
Gatunek - fantasy
Tłumaczenie - Anna Studniarek-Więch
Ilość Stron - 968
Data Wydania - 26 lutego 2026
Moja Ocena - 10/10
"Spalona Ziemia" to długo wyczekiwane, porywające zwieńczenie bestsellerowego cyklu.
Lidia i Killian, po udanej, choć okupionej ogromnymi stratami ucieczce z rąk wroga, stają przed największym wyzwaniem ich życia. Muszą nie tylko znaleźć sposób na powstrzymanie rozprzestrzeniającej się zarazy, ale także zmierzyć się z potężnym Zepsuciem, które zagraża wszystkiemu, co kochają. Lidia toczy wewnętrzną, wyniszczającą walkę z jego wpływami, doskonale świadoma, że jej ewentualna porażka oznacza śmierć bliskich. To opowieść o heroizmie, niezłomności i ciężarze odpowiedzialności, który spoczywa na barkach tych, którzy ośmielili się sprzeciwić mrocznym siłom.
Z serią "Mroczne Wybrzeża" nie miałem udanej relacji, to było typowe love-hate relationship czytelnicze. Raz stwierdzałem, że to jedne z lepszych fantasy jakie czytałem w życiu, by po chwili stwierdzić, że dawno nie miałem styczności z tak irytującymi bohaterami, a część wydarzeń byłem w stanie przewidzieć. Jednak to były pierwsze tomy, a końcówka sagi była dla mnie czytelniczym marzeniem.
Wyjątkowo zacznę od minusów, a w zasadzie jednego - jest to sam finał. "Spalona Ziemia" jest dość opasłym tomiszczem, ale ja akurat takie uwielbiam. Niestety przy tak dużych książkach problematyczne może być paliwo w postaci utrzymania czytelnika do końca, jak również nie zawiedzenie go. Tu mam trochę problem, bo mimo iż finał wciągałem po kilkadziesiąt stron dziennie ciągle chcąc więcej, to po lekturze ostatnich stron wciąż mam takie - aha?? Mam wrażenie, że za dużo było sytuacji bez wyjścia, które się nagle rozwiązały. Może miał być to zabieg autorki by zaszokować czytelnika na wszelkie sposoby, bo parę akcji pozostawia w głębokim zdumieniu, tak brakowało mi takiej wyraźniej kropki nad i, i choć mamy tu pewno wątkowy happy end, osobiście uważam, że on tu nie pasuje. Całościowo to jedyny minus w moim odczuciu. Wciąż mamy cudowny świat Reath, królestw i ich kultur. To wciąż ukochani przez nas bohaterowie, te wszystkie duety stworzone przez Jensen, one po prostu maja to coś. Myślę, że są takimi obecnymi power couple, ale historia Lidii i Killiana będzie moją ulubioną, choć to Teriana na podstawie całego cyklu skradła moje serce. "Mroczne Wybrzeża" to opowieść wielowątkowa, gdzie przeplatają się przeróżne dylematy, tracimy część bohaterów, a część postaci traci nasz szacunek. Tu nic nie jest zero jedynkowe, a władza w rękach nieodpowiednich osób jest wciąż tragicznym narzędziem. Fajnym wątkiem był cios zadany Cesarstwu - Imperium, które zazwyczaj ciemiężyło nagle musi się bronić, a Lidia aka vel Kitaryia Falorn nie było dla mnie czymś odkrywczym, coraz więcej autorów sięga po taki motyw. Lubię też książki z fajne obsadzą własną religią, bogami oraz ich adeptami, czyli naszymi Naznaczonymi. Fajnie gdy dostajemy cały świat, nie tylko bohaterów, królestwo, wątki miłosne czy wojnę, ale również to, w co wierzą zwykli mieszkańcy danego królestwa. To jest fantastyka pełną gębą, i ja bardzo chętnie wrócę kiedyś ponownie do świata "Mrocznych Wybrzeży".
Danielle L. Jensen wrzuca nas w finałowy akt swojego cyklu, który dosłownie nas wchłania, momentami nie dało rady odłożyć lektury, bo czytelnik chciał wiedzieć co dalej i dalej. Osobiście nie kochałem tej serii od początku, ale ostatecznie zostaje w moim serduszku. Saga wciąga i zatrzymuje w swoim świecie, chcemy go poznawać i eksplorować. Poznać każdy zakątek i zobaczyć każde miasto, wziąć udział w tych bitwach innych przygodach bohaterów i to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Cieszę się, że dotrwałem do końca, bo mimo pewnych minusów w moim odczuciu - było warto. Finał opiewa na ponad tysiąc stron, ale jest to lektura która wciąga na maxa i właśnie taka powinna być dobrze napisana książka!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz